Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DZIECKO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DZIECKO. Pokaż wszystkie posty

00:30

NA CIELE CIARKI, CZYLI NIEKOSMETYCZNI ULUBIEŃCY

NA CIELE CIARKI, CZYLI NIEKOSMETYCZNI ULUBIEŃCY

Kochani, witajcie w kolejnym wpisie. Na fali entuzjazmu (powiedzmy sobie szczerze: mojego entuzjazmu) związanego z publikacją ostatniego posta, a także z korzystając z faktu, że Klara smacznie chrapie, idę za ciosem i zapraszam Was na szybki przegląd niekosmetycznych ulubieńców miesiąca.
Tak, wiem, że jest druga połowa marca. Cicho być!

Będzie tradycyjnie film, książki, muzyka, coś pysznego i parę dzieciowych gadżetów. Nie przedłużając, serdecznie zapraszam do dalszej lektury!


Tom Ford, Zwierzęta nocy

Amy Adams w Zwierzętach nocy
Popełniłam poważny błąd, oglądając ten film w dzień, kiedy całe popołudnie i wieczór miałam spędzić sama z dzieciakami. Co to jest za film! Od pierwszej do ostatniej sekundy sprawia, że włosy w nosie jeżą się od podskórnego napięcia. Popołudnie spędziłam w stanie schizofrenicznego przekonania, że zaraz ktoś wyskoczy na mnie zza rogu i zdzieli łomem w czerep. W filmie, choć sklasyfikowany jest jako thriller, nie uświadczycie wielu scen przemocy, cała fabuła jest jednak poprowadzona w taki sposób, że seans spędziłam, ogryzając w napięciu paznokcie.
Film czaruje też w warstwie wizualnej. Każdy kadr jest przemyślany, a wiele przypomina wręcz malarskie kompozycje. Od razu czuć, że za kamerą kryje się ktoś obdarzony nieprzeciętnym smakiem, bo w końcu sam Tom Ford (tak, ten od Gucciego i Saint Laurenta). Całość uzupełnia rewelacyjna ścieżka dźwiękowa Abla Korzeniowskiego i pełna dwuznaczności fabuła. Po prostu musicie obejrzeć.

R. J. Palacio, Cud chłopak


Książkę R. J. Palacio podrzucił mi mój brat, a jak mój brat podrzuca mi książkę to już jest naprawdę święto lasu. Zaczęłam więc czytać od razu, przez jakieś 12 godzin nie wypuszczałam Cud chłopaka z rąk i łyknęłam go na jednym wdechu. Nie zrozumcie mnie źle – to nie jest wybitna literatura, ale jako miłe, krzepiące czytadło i odtrutka na zimowe smuteczki sprawdza się bardzo dobrze. To książka z rodzaju tych nieco naiwnych, ale przywracających wiarę w ludzi. Czasem trzeba :)


Tulia, Nieznajomy



Lutowi ulubieńcy mijają pod znakiem ciarek na ciele, bo Nieznajomy Dawida Podsiadło w interpretacji chóru Tulia sprawia, że włos staje dęba. Ale bynajmniej nie ze zgrozy. Cover Tulii święci już od jakiegoś czasu triumfy w internetach, ale ja jestem zapóźniona jak tegoroczna wiosna (no bo serio, co jest?!) więc pewnie już go znacie, a jeśli nie, to klikajcie się koniecznie do teledysku. Obraz łączy się z dźwiękiem w perfekcyjną całość: trochę mroczną, trochę niepokojącą, trochę smutną i bardzo, bardzo piękną.



Wegeeksperymenty: burgery, pasztet, mleko roślinne

Nie wiem, czy kiedyś wspominałam o tym, że nie nadaję się do żadnych diet eliminacyjnych. Mój mózg skonstruowany jest tak, że im bardziej nie wolno mi robić czegoś, co lubię, tym większą mam na to ochotę. Mój organizm z kolei funkcjonuje tak, jakbym całe życie była w ciąży: jestem niewolnicą rozmaitych zachcianek. Nie jestem w stanie Wam powiedzieć, ile razy doprowadzałam mojego męża do palpitacji serca, kiedy dzwonił do mnie z zakupów z pytaniem, na co mam ochotę, a po jego powrocie do domu okazywało się, że jednak wcale tego nie chcę, za to chętnie zjem, cokolwiek kupił z myślą o sobie. Taką już mam dysfunkcję. Nie poradzisz.
Z tego powodu nie jestem w stanie na stałe zmienić diety na bezmięsną, ale z różnych względów staram się ograniczać spożycie mięsa w moim jadłospisie. Lubię gotować, ale szybko się nudzę, dlatego dużą przyjemność sprawia mi testowanie nowych przepisów, sprawdzanie nietuzinkowych kombinacji smaków i wyszukiwanie zamienników dla potraw tradycyjnie mięsnych. Wśród tych ostatnich do moich zdecydowanych faworytów należą znane i sprawdzone klasyki z bloga Marty Dymek: doskonałe wegeburgery (u mnie zaledwie wegetariańskie, przez obecność tłuściutkiego i wyrazistego sera cheddar), a także wegański pasztet z soczewicy z kiszonym ogórkiem.
Dodatkowo, zainspirowana ostatnimi eksperymentami Asi z bloga sharkmum.com udoiłam swoje pierwsze mleko roślinne i wprost nie wierzę, że tak długo z tym zwlekałam. Mleko kokosowe jest banalnie proste w przygotowaniu, śnieżnobiałe, obłędnie pachnące (niespodzianka!) kokosem, a w smaku aksamitne, lekko tłustawe i pyszne. Nie czuję potrzeby, żeby na stałe zastępować mleko krowie tym roślinnym, ale uważam, że takie alternatywne mleko może fajnie sprawdzić się w deserach, owsiankach, jaglankach, a kawie dodaje wspaniałego, deserowego sznytu. Ten udany eksperyment zachęcił mnie do kolejnych prób, więc niewykluczone, że temat jeszcze powróci.


Domowa galeria


Od zawsze, a przynajmniej ze trzy miesiące, marzyła mi się domowa galeria w takim amerykańskim stylu: pozornie chaotyczna kompozycja różnych ramek i obrazków, ilustrująca życie rodziny. W czasie ostatniej wyprawy do Ikea między jedną półką a drugą nastrącałam do koszyka pełno rozmaitych ramek, i zanim małż zdążył wydać choćby pół westchnienia nad zasadnością wieszania kolejnych piętnastu zdjęć na naszych niespełna sześćdziesięciu metrach kwadratowych, już wiercił dziury w ścianie. Naprawdę, zabiegi dekoratorskie w moim domu wymagają strategicznego myślenia i zdolności dyplomatycznych godnych Bonapartego. Ale za to spójrzcie, jaki efekt cudny :)



Chustonoszenie i chusty – Ehawee, LennyLamb


Na naszym instagramie temat chust powracał już kilkakrotnie i być może jestem monotematyczna, ale chustonoszenie naprawdę zrewolucjonizowało moje macierzyństwo. Nie jestem fizjoterapeutą, chustodoradcą ani lekarzem, ale rozwojowe i emocjonalne plusy noszenia są dla mnie oczywiste. Przytulone do mamy, otoczone znajomym zapachem i ciepłem matczynej skóry niemowlę czuje się bezpieczne, dzięki czemu jest spokojniejsze i zrelaksowane – podobnie jak mama, która, mając dziecko cały czas przy sobie, nie czuje potrzeby zaglądania do niego co chwilę i sprawdzania, czy wszystko z nim w porządku. W przypadku noworodków i małych niemowląt, właściwe ułożenie w chuście sprzyja prawidłowemu kształtowaniu się stawów biodrowych, dzięki czemu zalecane przez wielu ortopedów, uciążliwe szerokie pieluszkowanie można puścić w niepamięć. Dla mnie, z perspektywy mamy, chustowanie również ma same plusy: uwalnia ręce, odciąża kręgosłup, zaspokaja potrzebę bliskości… No i te chusty! Są tak piękne, że można dostać oczu poplątania, i chociaż na początku zarzekałam się jak żaba błota, że poprzestanę na jednej, dziś mam już dwie i… no i na razie tyle.


Numer jeden to świetna Perła od LennyLamb: mięsista, sprężysta, mięciutka od nowości, idealna na początek, ale – dzięki swej gramaturze – także do noszenia starszaków.
Numer dwa to kupiona z myślą o lecie Ehawee Cranes Oat z 50% zawartością lnu. Kupiona z drugiej ręki, jest już dobrze wyłamana, więc z łatwością nosi moje pięciokilowe maleństwo, ale na pewno posłuży jeszcze długo. Nośna, czepliwa, sama się dociąga, a przy tym jest przewiewna i miła dla skóry. No i piękna jak sen jaki złoty.
 


Album dziecka


Album to nabytek jeszcze z czasów pierworodnego, ale już wiem, że dla drugorodnej założę taki sam. Pozwala uporządkować i zatrzymać wiele pięknych wspomnień i chwil, jest pełen pomysłowych zakładek, schowków i miejsc na fotografie, wycinki oraz zapiski. W planach mam wpis o wyprawkowych masthewach z perspektywy dubeltowej mamy i tam opowiem Wam o nim więcej :)



To już wszyscy moi spóźnieni lutowi ulubieńcy. A co Was zachwyciło wpół do wiosny? Piszcie, komentujcie – mam nadzieję, że jeszcze tu jesteście.

Buziaki!
Iga

13:06

DRUGIE DNO, CZYLI DENKO #2

DRUGIE DNO, CZYLI DENKO #2

To niesamowite, jak po opublikowaniu pierwszego „denka” wzrosła moja motywacja, jeśli idzie o systematyczne zużywanie produktów. Wcześniej zdarzało mi się mieć otwartych kilka kremów lub żelów (żeli?) pod prysznic jednocześnie; teraz staram się sumiennie je zużywać, żeby jak najszybciej podzielić się z Wami swoimi wrażeniami. Szafka pod umywalką powoli się opróżnia, mąż porzuca powoli myśl o wynajęciu kawalerki na moje kosmetyczne zapasy, a w dodatku mogę podrzucić Wam kilka nowych recenzji. Win win win!



DOVE OXYGEN MOISTURE – ODŻYWKA DO WŁOSÓW

Odżywka Dove to druga połówka tandemu Oxygen Moisture, który otrzymałam do przetestowania jeszcze latem. Jakoś niezbyt sumiennie podeszłam do tego testu, o czym najlepiej świadczy fakt, że na zużycie 250 ml produktu potrzebowałam ponad dwóch miesięcy. Nie zachwyciła mnie: miała dość rzadką, niezbyt treściwą konsystencję i odpowiadające jej właściwości – raczej doraźnie nawilżające niż faktycznie odżywcze. Za ponad 20 zł w regularnej cenie można mieć 2 litry (!) dowolnej maski Kallos o porównywalnym działaniu, więc nie warto.



ESSENCE ULTIME ELASTIN + VOLUME&FULLNESS – ODŻYWKA DO WŁOSÓW

Odżywka-enigma. Obiecuje wzmocnienie włosów „dla lekkiej objętości, gęstości i 3 razy łatwiejszego rozczesywania”. I robi to, na jakieś 4 godziny. Potem lekka objętość zmienia się w spektakularny przyliz. Wszystko dlatego, że efekt gęstości i objętości uzyskany jest wskutek sklejenia i nastroszenia włosów. Wyglądają ładnie, ale w dotyku sprawiają wrażenie obklejonych i jakby niedomytych. Nie jest to efekt, za którym szaleję, więc nie wrócę.



SEBORADIN NIGER – SZAMPON DO WŁOSÓW

Szampon stworzony do włosów przetłuszczających się i skłonnych do wypadania, który rzeczywiście jako jeden z niewielu potrafi pomóc mojej smalcystycznej głowie. Po myciu włosy są tak czyste, że aż skrzypią pod palcami – nie ma mowy o wyjściu spod prysznica bez nałożenia odżywki, chyba że jesteście miłośnikiem stylu a’la porażona piorunem kuropatwa. Pięknie domywa skórę głowy, nie przesuszając jej i nie powodując podrażnień. Mam zastrzeżenie tylko do dostępności (apteki) i ceny (23 zł za 200 ml), ale w chwili desperacji na pewno wrócę.



BE BEAUTY JAPONIA – ŻEL POD PRYSZNIC

Żel, który męczyłam od września (!), wcale nie dlatego, że był zły, ani dlatego, że się rzadko myję... po prostu zapach był dla mnie zbyt „letni” na ostatnie zimne tygodnie. Największym jego atutem był zapach: orzeźwiająco-chłodzący, ale w sposób „perfumeryjny”, a nie „spożywczy”. Nie ma tu żadnych oczywistych świeżaków typu cytrusy lub ogórki, jest za to trochę mentolu i jakiegoś bliżej nieokreślonego zielska. Pielęgnacyjnie żel może nie zachwycał, ale też nie zrobił mi krzywdy, a że zapachem przypominał mi trochę perfumy Halloween, które uwielbiam, więc pewnie latem do niego powrócę.
  



AVON SENSES DIVINE TIME – NAWILŻAJĄCY KREMOWY ŻEL POD PRYSZNIC

Ach, gdyby producent napisał tylko, że jest to kremowy żel pod prysznic, dostałby ode mnie piątkę z plusem. Ale nieeee, musiał dodać to „nawilżanie”. A z nawilżaniem ma on tyle wspólnego, co ja z fizyką kwantową. Poza tym sprawuje się przyzwoicie: pięknie się pieni i ładnie pachnie, słodko, ale nie w oczywisty, ciasteczkowy sposób. Nie wykluczam powrotu, ale tyle jest żeli (żelów?) do przetestowania, że raczej nieprędko się to zdarzy.



SZCZOTKA DO CIAŁA

Na zasłużoną emeryturę idzie też szczotka do ciała, która jest już tak zmęczona życiem, że zaczęła łysieć i sypać po kątach sizalową szczeciną. Sprawowała się świetnie, ale czas ustąpić miejsca nowemu pokoleniu.  Mam już kolejną.



LADY SPEED STICK FRESH&ESSENCE

Antyperspiranty Lady Speed Stick są już niemal tak stare jak ja i używam ich wiernie od lat. Sprawują mi się świetnie, nigdy nie zawodzą, nie powodują podrażnień. Ten przyjemnie i kwiatowo pachniał, wyczuwalnie, lecz nieinwazyjnie, a tego właśnie oczekuję od antyperspirantu. Już mam kolejne opakowanie.



ANIDA – GLICERYNOWO-MIGDAŁOWY KREM DO RĄK

Kremy do rąk marki Anida znosi z pracy do domu w ilościach hurtowych mój mąż, bo najwyraźniej nic tak nie ułatwia pracy inżynierowi, jak wypielęgnowane rączki. Kremy napływają nieprzerwanym strumieniem i chociaż wydajemy je wszystkim, od znajomych i rodziny, po inkasenta i listonosza, wciąż wysypują się z półki. Dostępne są w kilku wariantach, które nie różnią się niczym, poza kolorem tuby. Stosowane po każdym myciu rąk są w stanie utrzymać w ryzach poziom nawilżenia, ale suchoskórkom czułym na mroźne podmuchy formuła kremu pomoże tyle, co umarłemu kadzidło. Na plus zasługują całkiem znośne zapachy oraz miękka tuba, która pozwala zużyć przebrzydłe mazidło co do grama, niestety. Ja na nie patrzeć już nie mogę i głębokim żalem napełnia mnie myśl, że dopóki ślubny nie zmieni pracy, jestem na niego skazana. Na krem!!!



ZIAJA 25+ KREM NAWILŻAJĄCY MATUJĄCY

A-ha! Matująco-nawilżająca hybryda od Ziaji po długim i wyczerpującym śledztwie została wyizolowana jako winowajca odpowiedzialny za tworzenie się formacji wypryskopowstańczych na moim liczku. Czyli po polsku: zapycha mnie dziad. Szkoda, bo jest śmiesznie tani, wchłania się piorunem i stanowi idealną bazę pod podkład, pozostawiając buzię welurowo miękką, matową i gładką. Z drugiej strony, bliżej mi już do kategorii 30minus niż 25plus, więc może to znak czasu po prostu… Tak czy inaczej podły sabotażysta został wytypowany do eksterminacji i z 1/3 zawartości frunie do kosza. Ja nie wrócę, ale mimo wszystko polecam spróbować.



EVREE REVITA PERILLA – OLEJEK DO TWARZY

Lubię Evree, jak dotąd większość ich produktów świetnie mi się spisywała (uwielbiam zwłaszcza olejek różany i czerwony krem do rąk, który kiedyś potajemnie kupiłam, żeby odpocząć od elektrownianych smarowideł), a olejek Revita Perilla jest pierwszym, który nie spowodował u mnie stuprocentowego zachwytu. Próbowałam różnych metod aplikacji, od nakładania solo, po mieszanie z kremami i żelem hialuronowym, aż w końcu zużyłam go do demakijażu oczu. W żadnej formie mnie nie oczarował, chyba po prostu nie jest dla mnie.



KENZO – JUNGLE EDP

Moja licząca 3 ml próbka (pisałam o niej tutaj) dobiła dna i to w tak zawstydzających okolicznościach, że do dziś mam ochotę walić łbem o ścianę. Zakrętka w moim opakowaniu się zbuntowała, więc perfumy stały wiecznie niedokręcone na szafce nocnej, prosząc o katastrofę, no i stało się – z rozmachem zbierając ubrania z komody, zamiotłam o Kenzo jakimś nieszczęsnym rękawem i zawartość flakonika rozlała się po szafce. W sypialni tydzień pachniało jak w pościeli sułtana, Jungle prawie mi zbrzydło, a teraz smętnie zbieram grosz do grosza na pełny wymiar zapachu, zanim mi buteleczka do reszty zwietrzeje.



LA ROCHE POSAY – WODA MICELARNA

Wodę micelarną dostałam do przetestowania od koleżanki, którą podrażniała, i szczerze przyznam, że lubię w niej wszystko (w wodzie i koleżance), poza pojemnością (to już odnosi się tylko do wody). Dobrze domywa, nie podrażnia, nie ma przykrego smaku, nie wymaga pocierania. Pojemność przeszkadza mi głównie dlatego, że z małej buteleczki z twardego plastiku nie dało się nic wycisnąć i musiałam czekać, aż łaskawie coś z niej wykapie. W pełnej pojemności i promocyjnej cenie byłabym skłonna kupić.



LIŚCIE ZIELONEJ OLIWKI - MASECZKA OCZYSZCZAJĄCO-ŚCIĄGAJĄCA

Nie jest to może jakiś maseczkowy hit, ale jako doraźny uzdatniacz liczka sprawdza się świetnie. Po aplikacji buzia jest gładka, miękka, zmatowiona, lecz nie przesuszona, a pory jakby zmniejszone. Czego chcieć więcej za 1,50 zł? Już mam zapas.



BABYDREAM - PUDER I ŻEL DO MYCIA

Na koniec dwa produkty, które zużył w zasadzie mój synek. Puder Babydream to mój faworyt w kategorii podpieluszkowej. Rozważałam rezygnację z niego na rzecz mąki ziemniaczanej, ale chyba jestem zbyt wygodnicka, a że skład pudru jest całkiem prosty, raczej przy nim pozostanę. Gdyby tylko nie był perfumowany, byłby ideałem.


Żel z kolei uwielbiam bezkrytycznie. Ma wygodną pompkę i poręczną butelkę, mile dzidziusiowo pachnie, ładnie się pieni, nie przesusza delikatnej bobasowej skóry. Ideał.


Tyle, jeśli chodzi o moje listopadowe zużycia. Kolejne denko już w nowym roku! Nie mogę w to uwierzyć.

Buziaki,

Iga

04:02

G(W)OŹDZIK DO TRUMNY

G(W)OŹDZIK DO TRUMNY

Korzystając w niedzielne popołudnie z 30 sekund słońca oraz 3 minut ciszy w pokoju dziecinnym, co jest zjawiskiem równie częstym, jak – nie przymierzając – koniunkcja planet, zrobiłam parę zdjęć i skrobnęłam parę (hyy!) słów, dlatego dziś nadciągam z kolejnym wpisem.

Źródło: https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/736x/92/41/2e/92412e6ccff7a5210fe17b8a44e77beb.jpg
Na samym początku muszę jednak przeprosić Was za długotrwałe milczenie, które, jak donoszą czołowe media opiniotwórcze, spowodowało falę depresji i prób samobójczych w całym kraju. Mam nadzieję jednak, że mi darujecie wiedząc, że oto zostałam wpuszczona w kanał. A konkretnie trzy kanały, i to nie byle jakie: idzie mianowicie o kanały prawej górnej szóstki. Tak, tak, słusznie się domyślacie: powodem mojego milczenia było leczenie kanałowe (swoją drogą, chcę publicznie zaprotestować przeciwko nazywaniu tych wyrafinowanych tortur leczeniem – to jakiś okrutny żart, doprawdy).

Ale może zacznijmy od początku…

A było to tak. Już na samym początku, kiedy ból był jeszcze noworodkiem, lekkim ćmieniem, cieniem zaledwie swojej dojrzałej formy, przeczuwałam, że czekają mnie w gabinecie dentystycznym jakieś nie lada kosztowne i czasochłonne męczarnie. Przez kilka dni nie miałam jednak okazji zgłosić się z zębem do dentysty – w tym czasie przesiadywałam w domu z zasmarkanym maluchem, którego nie było komu przekazać pod opiekę. W tym czasie ból rozwinął skrzydła i z lekkiego ćmienia, które pieszczotliwie niemal głaskało moje dziąsło, zmienił się w ziejącego ogniem smoka, którego głównym celem było rozłupanie mi czaszki. Przysięgam – ani poród, ani najgorszy ból głowy, ani nawet oglądanie transmisji z obrad sejmu nie mogło się równać z cierpieniami, jakie wtedy przeżywałam. Myślałam, że wyskoczę przez okno, a powstrzymywała mnie tylko myśl, że czwarte piętro może nie wystarczyć, żeby skrócić moje męki.

Źródło: http://s.quickmeme.com/img/1d/1d2faf3a4e184f4fc7dbcfb75e253bc1b78aecd52933f3fdd4d3c8b728db87f0.jpg
Wtedy właśnie, między jedną myślą samobójczą a drugą, przypomniałam sobie o sposobie na ból zęba, który kiedyś polecała mi moja kuzynka – wspaniała osoba i prawdopodobnie jeszcze wspanialsza mama. I ta właśnie zwięzła dygresja prowadzi nas do bohatera dzisiejszego wpisu, którym jest olejek goździkowy.
Gratuluję zatem wszystkim śmiałkom, którzy przetrwali powyższy przydługi wstęp i zapraszam do dalszej lektury :)


WŁAŚCIWOŚCI OLEJKU GOŹDZIKOWEGO

Olejek pozyskiwany jest z pąków goździków i posiada liczne właściwości prozdrowotne. Ma działanie przeciwgrzybiczne, antybakteryjne, aseptyczne, a nawet działa jak afrodyzjak! Dzięki właściwościom aseptycznym, sprawdzi się pomocniczo w przyspieszaniu gojenia się powierzchniowych ranek, a także pomoże przy ukąszeniu i użądleniu owadów. Może też sprawdzić się w pielęgnacji cery trądzikowej, ale tylko rozcieńczony innym olejkiem – solo jest zbyt drażniący, zwłaszcza dla cery naczynkowej lub wrażliwej. Goździki, nie tylko w postaci olejku, znane są również jako środek wspomagający odporność, dzięki zawartości żelaza czy wapnia oraz witamin A i C. W formie inhalacji olejek można stosować również w dolegliwościach układu oddechowego. Olejek może mieć również działanie przeciwbólowe – zmieszany z solą i nakładany miejscowo na skronie, ma zwalczać bóle głowy, a podgrzany, w duecie z olejem sezamowym, pomoże przy bólu ucha.



RATUNEK DLA CIĘŻARNYCH

Stosowany np. skrapiania poduszek, może pomóc w walce z… porannymi mdłościami. Olejek goździkowy ma działanie przeciwdziałające nudnościom, a nawet przeciwwymiotne. Może więc pomóc mamom w utrzymaniu zawartości żołądka na miejscu. Chyba że jest Wam niedobrze od jego zapachu. Wtedy nie ręczę za efekty.


RATUNEK DLA ZĄBKUJĄCYCH

Olejek goździkowy ma powszechne zastosowanie przede wszystkim w higienie jamy ustnej i właśnie to jego działanie interesowało mnie ostatnimi czasy. Jedną kroplę olejku zmieszaną z trzema kroplami innego spożywczego oleju (np. lnianego, z oliwek, kokosowego, sezamowego) nanosimy na obolałe miejsce, a następnie dzieje się magia. Olejek ma działanie lekko chłodzące i znieczulające – dosłownie po kilku sekundach ból ustępuje. Skoro sprawdził się przy moich konających w męczarniach nerwach zębowych, ma szanse zadziałać i u ząbkujących maluszków. Oczywiście ważne jest, zwłaszcza w przypadku dzieci, stosowanie rozcieńczonego olejku – samodzielnie jest zbyt intensywny, a kiedy jego odrobina dostanie się na język, odczujecie ostre pieczenie. Oczywiście ustąpi po chwili, ale przez tę chwilę ząbkujące niemowlę gotowe odgryźć Wam palec. Szkoda niemowlęcia, i palca oczywiście też.



RATUNEK DLA ZSZARGANYCH NERWÓW

Stosowany w aromaterapii, olejek goździkowy ma działanie antystresowe, usuwa zmęczenie psychiczne i – w zależności od stężenia – może działać pobudzająco (czysty olejek goździkowy) lub uspokajająco (rozcieńczony, zwłaszcza w duecie z olejkiem lawendowym). Ja jednak najbardziej lubię olejek goździkowy w tandemie z olejkiem pomarańczowym. Razem tworzą cudownie świąteczny dwugłos, który chyba nigdy mi się nie znudzi. Czy w Waszych domach w rolach „kostek zapachowych” również na święta występują pomarańcze nabite goździkami? U mnie owszem. Tak było w moim domu rodzinnym, tak też jest teraz w moim własnym, i wierzcie mi – nic, poza zapachem pierników i żywicy, piękniej nie zapowiada świąt.





Tyle ode mnie na dziś. Mieliście już kiedyś do czynienia z olejkiem goździkowym? Znacie inne jego zastosowania?

Buziaki,

Iga

04:23

COŚ DLA MAŁYCH URWISÓW

 COŚ DLA MAŁYCH URWISÓW


Będąc w ciąży miałam bardzo dużo czasu aby zaznajomić się z tym co rynek kosmetyczny przygotował do pielęgnacji ciałka naszych pociech. Przecież nie chcemy pielęgnować noworodka byle czym wiedząc, że jego skóra jest cienka i delikatna, podatna na podrażnienia oraz wszelakie uczulenia. Dążymy do tego by była miękka, gładka i pachnąca. Przekopując przeróżne strony internetowe natrafiłam na firmę Momme, która oferuje nam kosmetyki w 100% ekologiczne. Na stronie internetowej www.mommecosmetics.com czytamy, że: "MomMe powstało z szacunku do naturalnej więzi jaka łączy Mamę i dziecko. Ta wyjątkowa linia produktów opracowana została zgodnie ze sztuką tworzenia kosmetyków naturalnych. Bez kompromisów, dla dobra wszystkich dzieci". Bingo! - pomyślałam. Czym prędzej pobiegłam do Rossmanna i zakupiłam łagodny żel do mycia 2 w 1.


W składzie znajdziemy m.in. glicerynę, betainę z buraka cukrowego, ekstrakt z migdałów ziemnych, ekstrakt z mydlnicy i wiele innych cukiereczków.


Kosmetyk ma pojemność 150 ml i jest bardzo wydajny. Nam starczył na jakieś 4 miesiące. Bardzo ważne jest to, że można go używać już od 1 dnia życia dziecka. Moją uwagę przykuła również wiadomość o tym, że pomaga w walce z ciemieniuchą. Tak, to prawda! Po nałożeniu grubszej warstwy na główkę mojego maleństwa i porządnym umyciu głowy, a następnie po wyczesaniu jej, już na drugi dzień widoczna była ogromna zmiana na główce dziecka. Dzięki temu produktowi nie musieliśmy kupować dodatkowych preparatów typowych na tę dolegliwość.

Żel ma delikatną konsystencję i piękny zapach. Nie lubię tego typowego zapachu w produktach do pielęgnacji bobasów, dlatego też ten produkt przypadł mi do gustu. 
Gdzie można dostać kosmetyki firmy MomMe? Oczywiście na stronie internetowej www.mommecosmetics.com oraz w dużych Rossmannach. 



Copyright © 2016 pooderniczka , Blogger